Geoblog.pl    PanstwoSko    Podróże    Maroko, czyli Afryka zimą    Fes nocą
Zwiń mapę
2011
22
sty

Fes nocą

 
Maroko
Maroko, Fès
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 3086 km
 
Kolejny lot był dłuższy i bardziej nużący, a my byliśmy dodatkowo zmęczeni po ekspresowym zwiedzaniu Rzymu. Ja przespałam na szczęście prawie cały lot. Oczywiście, znów proponowano nam papierosy, a po wylądowaniu rozległy się fanfary.

W Fesie lotnisko było maleńkie i wyłożone charakterystycznymi dla Maroka płytkami ceramicznymi, które Sko skojarzyły się z basenem. Musieliśmy wypełnić jakieś dziwne karteczki (och, strefo Shengen, już za tobą tęsknię...). Na lotnisku wymieniliśmy też walutę na ichniejsze dirhamy. Wyszliśmy i nim zdążyliśmy się rozejrzeć, to już zaczęli nas zaczepiać taksówkarze. Ja totalnie zgłupiałam, ale Sko zachował trochę więcej zimnej krwi. Udaliśmy się grand taxi do całkiem odległego Fesu, pokazując palce na mapie gdzie chcemy jechać. Taksiarz jechał tym starym fordem jak szalony, nie respektując ani pierwszeństwa, ani pasów, a potem wyrzucił nas pod bramą mediny- Bab Boujeloud. Sko w amoku dał mu jakiś bajońsko wysoki napiwek, o co niemal się pokłóciliśmy, bo i tam sporo nas ta przyjemność wyniosła.
Wtoczyliśmy się przez bramę do mediny, bo w koło jednego "placu" mieliśmy zaznaczone kilka interesujących nas hoteli. Szczególnie jeden nas bardzo zachęcał, bo widzieliśmy zdjęcia na Internecie. Olaliśmy więc pierwszy napotkany hotel i ruszyliśmy, stukając kółeczkami walizek, w dół starego (IX wiek!) miasta. Musieliśmy być jak latarnią ściągająca nagadywaczy, bo co chwila nas ktoś zaczepiał i chciał gdzieś nas zaprowadzić, i absolutnie nie dało się od tych ludzi odczepić. W dodatku jeszcze doskonale rozpoznawali język polski i nas o to zaczepiali. A my oplątaliśmy się z naszymi walizeczkami, zagubieni i z nosem w mapie, gdzieś pomiędzy straganem z mandarynkami, obcięta głową wielbłąda, a klatką z kurami. Wieczorem medyna była nieprzyjemna, a nasze mapy ani nawet drogowskazy do niczego się nie nadawały. Jakiś turysta próbował nam pomóc, ale był jeszcze bardziej zagubiony niż my.
Po jakimś czasie postanowiliśmy porzucić pierwotne plany i wejść do jakiegokolwiek hotelu, a że obok był taki polecany przez nasz przewodnik, to weszliśmy do niego i zostaliśmy w nim. Był trochę obskurny, ale tani, a właściciel obiecywał hot shower. Jasne...hot. Hot to nie był ani shower, ani w ogóle nie było nawet trochę ciepło. W Afryce też mają zimę. Zjedliśmy kolację na tarasie naszego hotelu ( kofta z kurczaka, tajin- kawał kury, pół jajka przygotowywany na wolnym ogniu w słodkawym sosie, w ceramicznym naczyniu; do tego słodka herbata miętowa i pomarańcze z cynamonem). Potem poszliśmy spać, bo zimno nas wypędziło pod koce (o niezbyt przyjemnym zapachu). Ogrzewania oczywiście nie było, ba nawet okna nie miały szyb, tylko były pozabezpieczane taśmą klejącą. Tuliliśmy się w nocy jak rzadko kiedy, tak zimno było.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (4)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedzili 13.5% świata (27 państw)
Zasoby: 89 wpisów89 29 komentarzy29 61 zdjęć61 0 plików multimedialnych0
 
Nasze podróżewięcej
21.01.2011 - 27.01.2011
 
 
28.07.2010 - 03.09.2010
 
 
01.07.2009 - 10.08.2009